• Kultura, głupcze!

    Pod mocnym aniołem: Ostatniego kieliszka nigdy nie wypiję


    Każdy lubi od czasu do czasu się napić. Nie ma w tym nic złego – żyjemy przecież w takiej kulturze, gdzie podejrzliwiej patrzy się na człowieka, który alkoholu nigdy nie bierze do ust, niż takiego, który lubi wlać go w siebie trochę za dużo. W PRLu załatwienie czegokolwiek też zawsze ułatwiała flaszka, a i współcześnie przy okazji nowego roku najczęściej w mediach mówiono o wzroście akcyzy na wódkę i papierosy. 

    W Polsce się więc pije. I kontroluje. Na ludzi, którzy kontrolować przestają patrzy się z pogardą, mówiąc o patologii społecznej. Odrzucamy myśl, że kiedyś, pod wpływem jakiegoś wydarzenia problem alkoholowy dopaść może i nas. A alkoholik też przecież nie zaczynał picia z myślą „a co mi tam, zepsuję życie sobie, mojej rodzinie i otoczeniu”.




    Przyznać też trzeba, że temat uzależnienia od alkoholu w polskiej kinematografii przerabiany jest dość często. Obserwowaliśmy już Janusza Gajosa w „Żółtym szaliku”, czy Andrzeja Chyrę i Marka Kondrata we „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Teraz przyszła kolej na Roberta Więckiewicza i Wojciecha Smarzowskiego, który w pokazywaniu brudów i upodlenia nie cofnie się przed niczym, a nawet pokaże nam więcej, niż chcielibyśmy oglądać.

    To trzeba powiedzieć już na samym początku – ten film jest brzydki. Obrzydliwy. Główną rolę, obok Więckiewicza, grają tu rzygi i kał. Kamera nie ucieka w ostatnim momencie, żeby nie pokazać nam spektakularnego pawia, a kadr nie jest ustawiony tak, aby kończył się na plecach. Widzimy studium choroby alkoholowej, utraty kontroli nad swoim życiem, myśleniem i reakcjami fizjologicznymi. Widzimy dorosłych, którzy pod wpływem alkoholu przeistaczają się w dzieci, nie radzące sobie z niczym.

    Pierwszą i najważniejszą zaletą „Pod mocnym aniołem” jest jego obsada. Robert Więckiewicz gra fenomenalnie naturalistycznie. Dzięki jego ekshibicjonistycznej kreacji zaglądamy w trzewia alkoholowego uzależnienia. Jest to tak prawdziwe przedstawienie problemu i wczucie się w rolę, że niejeden raz możemy poczuć się nieswojo, oglądając go na ekranie. Nie dziwią zatem słowa Więckiewicza, że to jego jedyna rola, w której przekroczył pewną barierę prywatności i odrębności aktora od roli. Przy tej okazji pochwalić też trzeba charakteryzację za nieprzeszarżowanie i doskonałe wyczucie w portretowaniu twarzy alkoholika.


    Błyszczą również aktorzy na drugim planie, wśród których wyróżniłbym szczególnie Jacka Braciaka, jako spokojnego księdza, filozofa z atakami padaczki alkoholowej. Doskonale wypadają także Kinga Preis i Iwona Wszołkówna. 

    Jednak oglądając „Pod Mocnym Aniołem” odnosimy wrażenie, że wszystko to już w filmach Smarzowskiego widzieliśmy. Reżyser za bardzo ogranicza się do swojego własnego stylu, który powoli staje się dla niego klatką. W piątym już filmie nie da się utrzymać zaskoczenia brutalnością i naturalizmem, jakie mogliśmy dostrzegać w „Weselu”, czy „Domu złym”, które dla większości były pierwszą stycznością z kinem Smarzowskiego. 

    Jest w tym filmie jedna scena z Marianem Dziędzielem, wyglądająca na żywcem wyciętą z „Domu złego”. Ciągle powtarzający się aktorzy w podobnych przecież rolach również sprawiają, że choć to czołówka polskiego kina, to nie wymaga się od nich więcej, niż już pokazali wcześniej.


    Odnosiłem też wrażenie, że przez swój ekshibicjonistyczny charakter, film za bardzo każe nam współczuć alkoholikom. Być może, wbrew pozorom, mocniej oddziaływałby on na emocje i człowieka, gdyby coś pozostało niedopowiedziane, w pewnym momencie kamera by uciekła, a zastosowane środki byłyby subtelniejsze. 

    Zastanawia mnie także, czy promocja filmu to pomysł reżysera. W zwiastunie widzimy właściwie wszystkie sceny, które mogłyby nosić miano „komediowych”, a z plakatu filmu moglibyśmy wywnioskować, że to film o pięknej miłości. Do czego prowadzi takie mylenie publiczności już pisałem. 

    Niemniej, film ogląda się naprawdę dobrze. Trzęsące się oko kamery, symbolizujące ręce deliryka, zaburzona chronologia wydarzeń, czy sceny z pogranicza snu i jawy, sprawiają, że mimo wszystkich wad, które wymieniłem, obraz jest naprawdę dobry. Smarzowski nadal doskonale potrafi sportretować ludzką niedolę i słabość. Dodając do tego fenomenalne kreacje aktorskie otrzymujemy ważny film, który warto obejrzeć i wziąć sobie do serca. 

    PS - zwróćcie uwagę na przepięknie skomponowany kadr w jednej z początkowych scen filmu.



    zdjęcia: http://www.filmweb.pl , http://www.dsw.doba.pl

    4 komentarze :

    1. Smieszny trailer bardziej przyciaga, niz rzygi i zataczanie sie. Oczywiscie, skutkuje to pozniej tym, o czym juz pisales, a nieumiejtenosc zrozumienia dziela to juz nie jest problem jego tworcy ;)

      OdpowiedzUsuń
    2. Wydaje mi się że pomysł na promocję filmu nie wyszedł od reżysera. Tak jak poprzedniego. Wszystkiego nie może robić. Film MUSI zarobić. Dlatego wstawiają takie rzeczy do promocji, specjaliści od tejże. Pamiętam zwiastun drogówki, po którym zobaczyłem zupełnie inny film niż własnie reklamowany (na szczęście :).

      No cóż, tak to już jest :) Reżyser cieszy się i z tych co zapamiętali rzyganie (bo będzie mieć na następny film), i z tych co film zrozumieli (bo ci są bliżsi sercu twórcy).

      OdpowiedzUsuń
    3. Zabrakło mi trochę fabuły, dla mnie to nie komedia, nawet nie dramat. To film edukacyjny czy jak to trafnie ująłeś "studium przypadku".

      OdpowiedzUsuń
    4. Trailer to jest jakiś żart, kto nie czytał "Pod mocnym aniołem" i poszedł z nadzieją na świetną komedię - mocno się zdziwił.

      OdpowiedzUsuń