Etykiety

26.05.2012

Future Shorts #10


To ostatni już odcinek Future Shorts. Co sobotę o godzinie 10:00 prezentowałem Wam trzy krótkie filmy spod znaku Future Shorts, które scharakteryzować można wieloma przymiotnikami, spośród których najczęściej wymienianym byłby "dziwny". 

Niestety, prawa rynku są nieubłagane - coś, co ma niską oglądalność musi prędzej czy później zniknąć z anteny. Podobnie jest w przypadku KURTULI. Do tego dochodzi brak czasu ostatnio i fakt, iż kończą się filmy, które sam oglądałem (a i tak do cosobotnich odcinków wybierałem Wam te lepsze). Pewnie jeszcze niejeden odcinek Future Shorts powstanie, ale nikt nie wie, kiedy się ukaże. Na pewno obejrzę jeszcze kilka filmów z FS, którymi będę chciał się z Wami podzielić. Nie jest to więc pożegnanie definitywne, ale wstrzymanie cykliczności.

10 odcinków, w każdym po trzy filmy (z wyjątkiem pierwszego odcinka, w którym dołożyłem obraz bonusowy). Rachunek jest prosty - 34 filmy i (tu już rachunek jest trudniejszy) 16+10+10+16+17,5+18+24+18+28+dzisiejsze 25,5=183 minuty. To dokładnie tyle, ile trwa genialny film Michaela Cimino - "Łowca jeleni". Z tymże na pewno pod względem różnorodności poruszanej tematyki 34 filmy FS wygrywają z Robertem de Niro, Christopherem Walkenem i Meryl Streep ;-)


Dziś, jak już wspomniałem 25,5 minuty. Raczej lekkie, bo po co kogoś dołować na sam koniec? Rozpoczynamy od The Yellow Smiley Face - film produkcji rumuńskiej przedstawiający w niezwykle zabawny sposób walkę rodziców chcących skontaktować się ze swoim synem w Ameryce poprzez pewien wynalazek - komputer. Naprawdę śmieszne. A co wspólnego ma piłka nożna z baletem, tańcem nowoczesnym i boksem? Opiera się na ruchu, a ruch napędza ludzi, których widzimy w When I Move. Świetny film pokazujący wytrwałość w dążeniu do określonego celu, pokazujący ludzi, którzy robią to, co kochają. Ostatni film jest jakby wyrazem tęsknoty za wakacjami, którą na pewno spora część z Was odczuwa. Nakręcony w technice tilt-shift, pokazujący ludzi, wyglądających jak miniaturki, zabawki, klocki Lego. A to jednak prawdziwi ludzie na plaży. Helpless zaprasza.

The Yellow Smiley Face, reżyseria: Constantin Popescu, Rumunia, 2008


When I Move, reżyseria: Ville Salminen, Finlandia, 2009


Helpless, reżyseria: Keith Loutit, Australia, 2008


Oczywiście swoimi wrażeniami możecie podzielić się w komentarzach i na fanpage'u na facebooku. Potrafilibyście wybrać ten NAJ z 34 zamieszczonych przeze mnie filmów? Ciekaw jestem, który by zwyciężył. 

Wszystkie prawa - Future Shorts

21.05.2012

Poliszowe tiwi

Na tyle spodobało mi się pisanie felietonu na zajęcia z Gatunków dziennikarskich, że postanowiłem wprowadzić tu coś nowego - teksty niekurtularne, czyli o kulturze mające mniej wspólnego, niż pozostałe. Będą krótkie (maksymalnie jedna strona A4) i ukazywać się będą w bardzo konkretnym porządku - mianowicie - jak napiszę, to będą.

Poliszowe tiwi

Polska telewizja potrafi prawdziwie uczyć. I to nie tylko ta publiczna, która powinna to robić z założenia, ale i komercyjna. W obu bowiem przypadkach możemy uczyć się nowego języka obcego – poliszowego.

Czym jest język poliszowy? Połączeniem polskiego i angielskiego. W czym się objawia? W tym, że dziennikarz niby wypowiada zdanie po polsku, ale nie do końca. Tak samo, jak Mandaryna gra dobrą muzykę. Tylko nie do końca.

Przechodząc do sedna – w Polsce nie pójdziemy już na koncert, nie pójdziemy na imprezę, ani na festyn. Nie! Obojętnie, gdzie byśmy się nie wybierali, trafimy na „event”. Po rzeczonym iwencie (wszak jesteśmy w Polsce!) dziennikarz (ciekawe, że wciąż „dziennikarz”, a nie „żurnalista”) przeprowadzi interwju z performerem. Zapyta, czy ten zadowolony jest z wykonu, czy trudno było mu się sfokusować, widząc tak licznie gromadzącą się publiczność, czy zaśpiewał swoje ulubione songi, czy trudny do utrzymania jest enturaż, który sam sobie narzucił, wreszcie – kto zaprojektował dla niego ten ałtfit.

A nam pozostaje siedzieć i słuchać tej bezmyślnej paplaniny serwowanej najczęściej przez telewizje śniadaniowe. Słuchać i łapać się za głowę. O! Przepraszam! Listeningować i holdingować swój head.

Fokusując się, aby dobrze zendingować ten felieton cytatem z jednego z najlepszych polskich performerów powiem, jak to dobrze, że „a niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój lengłydż mają”.

zdjęcie: http://images4.fanpop.com/image/photos/17700000/Rolling-Stones-Wallpaper-classic-rock-17732124-1024-768.jpg

19.05.2012

Future Shorts #9

Zapadła decyzja. Dziewiąty odcinek Future Shorts będzie jednocześnie przedostatnim, jaki ukaże się na łamach KURTULI. Być może kiedyś jeszcze, od czasu do czasu, wrzucę Wam jakąś porcję krótkich filmów, ale nie będą się one ukazywały cyklicznie, jak do tej pory.


Na dziś przygotowałem dla Was aż 28 minut zawarte w trzech filmach. Zaczynamy od najdłuższego - wzruszającego Passing Hearts, który, choć dość przewidywalny naprawdę wciąga i potrafi wycisnąć łzy z oczu. Aby jednak nie być monotematycznym i nie smucić na siłę jest też coś dowcipnego, czyli Asshole opowiadający o wizycie tytułowego dupka u lekarza. Dziesięć minut dobrze nakręconego filmu. Na koniec coś jeszcze lżejszego - Here Comes Trouble 'Ill Ease' - czterominutowy filmik, któremu towarzyszy muzyka. Nazwałbym go teledyskiem, gdyby Future Shorts podało informację, co to za piosenka. Więc bardziej chyba chodzi o animację lalek.

Passing Hearts, reżyseria: Johan Brisinger, Szwecja, 2006


Asshole, reżyseria: Chadd Harbold, USA, 2008


Here Comes Trouble 'Ill Ease', reżyseria: George Wu, Wielka Brytania, 2010

 
Zapraszam do dzielenia się wrażeniami w komentarzach i na fanpage'u na facebooku. Który z dzisiejszej trójki był najlepszy? Już za tydzień kolejne trzy szorty. Zapraszam! 
 
Wszystkie prawa - Future Shorts

16.05.2012

Co z tą klasyką?

Nie lubię postawy „jeśli mówimy o klasyce, to tylko z pozycji kolan”. Nie rozumiem, dlaczego nie miałbym być krytyczny wobec dzieł, które powstały 20, 30, 90 lat temu. Szacunek? Jasne. Wiedza, jak dany film przyczynił się do rozwoju sztuki filmowej? Oczywiście. Ale już traktowanie jak świętość, wywyższanie ponad miarę, „bo to jednak klasyka!” – nie.

Nie ukrywajmy – nikt nie zaczyna swojej edukacji filmowej i „podróży przez świat filmów” od klasyki. Na nią przychodzi pora później. Jedni sami jej szukają, inni oglądają „przy okazji” trafiając na coś w telewizji.

Dopiero jakiś czas temu pierwszy raz obejrzałem w całości „Obywatela Kane”. Wiadomo – wypada znać, tym bardziej, jeśli chce się pisać recenzje filmów. Pamiętam, że jakiś rok-półtora roku temu czytałem recenzję w „Przekroju”, a tam zwroty typu „mimo tych wszystkich lat, wcale się nie zestarzał”. No cóż, ja mam inne zdanie. Doceniam oczywiście rolę, jaką odegrał w rozwoju sztuki filmowej oraz fakt, iż był niezwykle nowatorski, jak na czasy, w których powstał. Ruchoma kamera, operowanie światłocieniem, montaż wewnątrzkadrowy, zaburzenie chronologii – zgadza się, to wszystko nowatorskie elementy języka filmu, które z czasem stały się podstawą.
 
A jednak fabuła zachwycająca nie była, historia potrafiła nużyć, być przeciągana, jakby na siłę. Gdyby na chwilę zapomnieć o całym nowatorstwie „Obywatela”, okazałoby się, że to tylko „jeden z wielu” filmów.

Oczywiście, podniosą się głosy oburzenia, że ktoś, kto tak twierdzi, najwyraźniej się na kinie nie zna, ale jedną z najlepszych cech ludzi jest to, że się różnią – i jedno dzieło może zostać odebrane zupełnie inaczej przez różne osoby. I jestem pewien, że oprócz wielu oburzonych moim zdaniem, znajdę też takich, którzy mają podobne odczucia.

A również całkiem niedawno oglądany „Brzdąc” Chaplina z 1921 roku nadal pozostaje mi w głowie jako film rewelacyjny, piękny i doskonale (choć w „stary, przedkane’owy sposób”) zrealizowany”. Czuć w nim wylewającą się z ekranu magię i pasję tworzenia. Historia jest ciepła i optymistycznie przedstawiona, choć przecież opiera się na dość smutnym wydarzeniu. Do tego rewelacyjny młody aktor - tytułowy Brzdąc, który nie pozwala oderwać od siebie wzroku i uwagi.

Cóż. Klasyka klasyce nierówna - podobnie, jak gusta publiczności. Ale czy to właśnie nie jest piękne?

zdjęcia: http://www.fdb.pl , http://www.travellersinn.pl

12.05.2012

Future Shorts #8

O mały włos, a zapomniałbym o kolejnym odcinku Future Shorts, a wtedy sobota nie miałaby dla Was zapewne żadnej wartości. Na szczęście zdążyłem prawie na ostatnią chwilę, co nie znaczy, że filmy w tym tygodniu są słabe. Wręcz przeciwnie!


Dziś 18 minut - jeden film dłuższy (9 minut), co już powoli staje się tradycją w cotygodniowych odcinkach Future Shorts, oraz dwa krótsze. Zaczynamy od How I met your Father, czyli dość dowcipnej opowieści o... no musicie mieć powyżej osiemnastu lat, żeby móc ją obejrzeć. ;-) Numer dwa to Le Cafe - Oldelaf, czyli animacja pokazująca skutki picia kawy. Trochę przesadzona, ale to właśnie stanowi o jej wartości. Na koniec pięciominutowy teledysk do piosenki Burn My Shadow zespołu Unkle. Bardzo ciekawy, wciągający od pierwszych minut. Polecam, zasiądźcie do oglądania!

How I Met Your Father, reżyseria: Alex Montoya, Hiszpania, 2009


Le Cafe - Oldelaf, reżyseria: Stephanie Marguerite & Emilie Tarascou, muzyka: Oldelaf & Mr D, Francja, 2007


Unkle - Burn My Shadow, reżyseria: Miguel Sapochnik, Wielka Brytania, 2007


Zapraszam do dzielenia się wrażeniami w komentarzach i na fanpage'u na facebooku. Który z dzisiejszej trójki był najlepszy? Już za tydzień kolejne trzy szorty. Zapraszam! 
 
Wszystkie prawa - Future Shorts

09.05.2012

"Monika, ach Monika!"

Jak już wspomniałem przy innej okazji, uważam, że programy typu talent show są nam potrzebne w tym samym stopniu, co słońce potrzebuje czekoladowych babeczek z rodzynkami, a ich uczestnicy karierę robią tak często, jak profesor Miodek błędy językowe.

Przykład Moniki Brodki pokazuje, że chyba nawet temu wybitnemu znawcy języka polskiego zdarza się użyć „bynajmniej” w miejsce „przynajmniej”. Nie wiem, na ile „Idol” pomógł młodej dziewczynie z Twardorzeczki, ale wiem jedno – jest ona obecnie najciekawszą polską wokalistką.

Wydana w 2010 roku płyta Granda była dla dotychczas znających Brodkę szokiem porównywalnym do widoku ubranego na biało diabła, sensownej wypowiedzi Kingi Rusin lub błyskawicznego przejścia z Sahary na Antarktydę. No bo jakże to?! Jak ktoś, kto nagrywał piosenki, w których porównywało się prędkość ich wpadania w ucho z prędkością ich wypadania, mógł nagrać tak odmienną, od tego, co do tej pory, tak dojrzałą artystycznie płytę? „Toż to szok!” – zakrzyknąłby Kazimierz Pawlak z „Samych swoich”.

Decydując się na tak odważny krok, Brodka pokazała środkowy palec ogólnopolskim stacjom radiowym („nie puścimy tego! Zbyt skomplikowane!”), przygarniając jednocześnie spore grono fanów, wśród których jest już zapewne grupa, dla której Monika jest artystką wręcz kultową.

Wydany właśnie singiel Varsovie potwierdza tylko, że Twardorzeczanka odnalazła swój prawdziwy, odpowiadający jej styl. A że praktycznie wszystkie pozostałe wokalistki w Polsce mogą jej jedynie pozazdrościć? No cóż – nie każdy dostaje talent, tak jak nie każdy potrafi połknąć pączka w całości. Bo nagrać tak doskonale letni przebój w sensie klimatu i jego energiczności (a nie w sensie jego sezonowości) potrafi tylko artysta ukształtowany z głową pełną dobrych pomysłów.


zdjęcie: http://www.mowianamiescie.pl