• Kultura, głupcze!

    Wasp na Open'erze - Dzień III i IV



    Relacja z I i II dnia Open’era były długie, co nie? Obiecuję, że tym razem będzie zwięźlej, bo i o mniejszej ilości koncertów. Jak było na Kings Of Leon? Co myślę o poziomie artystycznym Miguela? Przeczytajcie!



    DZIEŃ III

    Tego dnia wybrałam się na cztery koncerty, widziałam dwa. Zmęczenie zaczynało o sobie dawać znać, ale postanowiłam je zignorować. Tak oto znalazłam się przy Tent Stage, w oczekiwaniu na Skubasa. Ponieważ jednak będzie on obecny 13-tego lipca na Malta Festival, po chwili zastanowienia udałam się pod scenę główną, nie doczekując jego wyjścia. Na Open’er Stage zastała mnie wątpliwa w moim przypadku przyjemność uczestniczenia w koncercie Kaliber 44. Zdaję sobie sprawę, że zostanę zwyzywana za te słowa, ale hip-hop przemawia do mnie tylko w sporadycznych sytuacjach. Czyli po alkoholu. Większych ilościach alkoholu. A ponieważ na Open’erze byłam trzeźwa jak dziecko, frajdy z koncertu nie miałam. Zależało mi jedynie na dobrym miejscu na dalszych artystach. Muszę jednak przyznać, że zespół został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Publiczność żywo reagowała na tekstu typu „zróbcie hałas”, „chce was słyszeć, zróbcie hałas” oraz „a teraz dziewczyny robią hałas”. Hałas był, staniki leciały, grupa zeszła ze sceny w poczuciu spełnienia.


    Z koncertu Skunk Anansie musiałam zrezygnować, mimo przemęczenia się przez Kaliber. Dopadła mnie chwilowa słabość, która uniemożliwiła mi stanie w tłumie i mimo żalu do samej siebie, zrezygnowałam z jednego z najbardziej oczekiwanych przeze mnie koncertów. Wróciłam jednak na piątkowego headlinera Queens Of The Stone Age. Otrzymałam dużo stricte gitarowego brzmienia i wiele energii bijącej z licznych solówek. Tak właśnie powinny wyglądać koncerty rockowe. Jak wiadomo, na festiwalach rzadko przychodzi się dla jednego zespołu i zna wszystkie piosenki na pamięć, poza tymi flagowymi. Dlatego nowe płyty artystów są przyjmowane przez widownie gorzej niż „stare hity”.  Mimo to, zespół promować je musi. Nie zawsze jednak udaje się to zrobić w przystępny sposób. Queens Of The Stone Age dobrze o tym wiedzieli i dlatego po wstępie: „Now we play a song from the new album, but I promise, it will be fine” dobrze wpasowali utwór w cały koncert bez nagłej diametralnej zmiany klimatu. Zdecydowanie najbardziej podobało mi się zakończenie koncertu, kiedy po kilkukrotnym nagłym urywaniu utworu po chwili ciszy wybuchali kolejną dawką ostrego rocka, nie pozwalając publiczności zaprzestać oklasków. 


    A potem poszłam na piwo.

    DZIEŃ IV

    Dzień zaczęłam od spektaklu teatralnego, którego treść rzutowała na wszystkie moje przemyślenia tego dnia. Ale o rozrywkach około muzycznych będzie inny tekst, więc na razie nie będę się nad tym rozwodzić. 

    Ponieważ moja współtowarzyszka chciała iść na Kings Of Leon, udałyśmy się pod scenę w celu zajęcia miejsca. A tam wydarzyło się coś niesamowitego. Aby mieć pewność, że to dzieje się naprawdę szczypałyśmy się wzajemnie po ramionach. Jednak koszmar okazał się być realny, a stojący na scenie mężczyzna naprawdę był „gwiazdą Open’era”. Powiedzcie mi, kto zaprosił Miguela? Kto mu zapłacił i pozwolił wejść na GŁÓWNĄ SCENĘ? Początkowo myślałam, że to jakiś żart, że za chwilę wyskoczy zza węgła Ziółkowski i krzyknie „ha ha, nabrałem was”. Jednak nikt nie wyszedł, nikt nie krzyknął. Ogłuszył mnie źle nagłośniony bas, w mózg wwierciły się żałosne gitarowe solówki, a serce krwawiło w rytm piosenek „You are so fucking beautiful”, „Fuck, I love you so” lub „Be my baby, baby”. Koszmar wydawał się nie mieć końca. Miguel tarzając się po scenie, bądź imitując ruchy stosunku seksualnego krzyczał „Yeah, yeah” oraz udzielał publiczności porad życiowych: „do what you realy love, what you realy fucking love”. Sentencje żywcem zerżnięte z Paulo Coelho. 


    Przyszedł czas na Kings of Leon, a ja z powodu braku dostępu do powietrza musiałam ewakuować się z zajmowanego przez siebie miejsca. I tak nagle znalazłam się wokół osób dobranych parzyście według kompatybilności płciowej. Czyli parek. Całej masy parek wydających odgłosy ssąco-mlaszczące. No bo kiedy nie okazywać sobie fizycznej czułości, jeśli nie przy o „Sex on fire” na żywo. 

    Najczęściej pojawiającym się komentarzem po tym koncercie słyszanym wśród openerowiczów było: „czy oni grali z playbacku?”. Rzeczywiście, wykonania koncertowe Kingsów absolutnie niczym nie różniły się od studyjnych. Moje muzyczne doznania były podobne do tych, kiedy włączam ich płytę w zaciszu domu. Na szczęście nie spodziewałam się jakiś wybitnych doznań na tym koncercie, więc uniknęłam rozczarowania. Natomiast fani zespołu mogli się zawieść. 


    Pragnąc tego ostatniego dnia pójść jednak na koncert, z którego będę zadowolona udałam się pod Alterklub Stage. Moim ostatnim wyborem było Lao Che. Zespół, który widziałam na żywo już jakieś 5-6 razy i nigdy mnie nie rozczarował. Tak było i tym razem. Publiczność dopisała, praktycznie wszyscy znali teksty na pamięć, byli ekspresyjni i nie dawali po sobie poznać zmęczenia. Spięty wyglądał na poruszonego entuzjazmem publiczności. Chłopcy dali świetny koncert nie pozostawiając we mnie przykrego uczucia niedosytu. A ja już zaczęłam za nimi tęsknić.


    Na tym kończą się moje wynurzenia stricte dotyczące Open’er Festival Gdynia. Nie wiem, czy polecanie, czy też odradzanie ma jakikolwiek sens. Ktoś, kto decyduje się na wydanie tylu pieniędzy na czterodniowy festiwal musi być wewnętrznie przekonany do tego. Od siebie mogę powiedzieć jedynie, że dla kogoś kochającego muzykę i chcącego poszerzać swoje horyzonty Open’er jest odpowiednim miejscem.

    zdjęcie: http:/www.kulisykultury.pl


    3 komentarze :

    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      OdpowiedzUsuń
    2. Open'er wciąż do mnie nie przemawia. Gdyby ceny były o połowę niższe, to może, a tak to dalej dla mnie tylko i wyłącznie przereklamowany zlot hipsterów. Polecam Halfway Festival w Białymstoku.

      OdpowiedzUsuń
    3. Relację z Openera czyta się bardzo dobrze. Podobać się mogą zwłaszcza bardzo osobiste oceny koncertów i obserwacji społecznych. W miarę szczegółowy opis pozwala na przeniesienie do Gdyni i pewien żal do siebie, że taka impreza mnie opuściła. Zauważyłem jednak w tym wpisie parę błędów. Zwłaszcza interpunkcja kuleje. Poza tym jedno zdanie jest dla mnie niezrozumiałe i nielogiczne: "Z koncertu Skunk Anansie musiałam zrezygnować, mimo przemęczenia się przez Kaliber." O co w nim chodzi?
      Mimo wszystko wystawiam solidne 4 i czekam na kolejne wpisy KURTULY!

      OdpowiedzUsuń