• Kultura, głupcze!

    Wasp na Open'erze - dzień I i II



    Nieważne, czy byłeś na Open’erze, czy chciałeś, ale Ci nie wyszło, czy masz ten festiwal głęboko w nosie. Od miesięcy wydarzenie to króluje w radiowej Trójce, mówi się o nim w wiadomościach oraz wśród znajomych. W tym roku mieliście tam swojego zaufanego szpiega – Wasp. Przyszedł czas na moją muzyczną (i nie tylko!) ocenę festiwalu.


    DZIEŃ I

    Ponieważ nie był to mój pierwszy raz na Open’erze, całe przygotowania związane z opaskowaniem, zorientowaniem się w terenie oraz festiwalowych cenach odbyły się niewiarygodnie sprawnie. Ci zagubieni, którzy przybyli na Heineken bez doświadczenia, również nie mieli problemu z odnalezieniem się. Obsługa informacyjna działała sprawnie, openerowe autobusy jeździły co 30 sekund, a piwo lało się strumieniami, co wprawiało wszystkich w niezwykle miły nastrój.

    Tego dnia nie miałam sprecyzowanego planu na siebie. Ostatecznie zdecydowałam się zajrzeć na Tent Stage, gdzie koncert dawało Mikromusic. Muzyczne dziecko Trójki, która trzyma pieczę nad każdą wydaną przez nich płytą, do tej pory zachwycało mnie przede wszystkim niezwykłym głosem wokalistki – Natalii Grosiak. Zespół przeze mnie znany i lubiany zaskoczył mnie swoimi koncertowymi wykonaniami idącymi zdecydowanie w stronę jazzu. Koledzy Natalii okazali się nieustępującymi jej w talencie (i pracy) muzykami. Dzień zaczął mi się przepięknie.


    Następnie skusiłam się na pierwszego headlinera festiwalu – Blur.  Jednak, nie po to wydałam tyle kasy na to wydarzenie, żeby oglądać ich z daleka. Dlatego jeszcze zanim tłum ludzi zaczął gromadzić się przed Open’er Stage, największą sceną festiwalu, zaczęłam przeciskać się z koleżanką do barierek w celu zdobycia strategicznej pozycji jeszcze na dwie godziny przed docelowym koncertem. Jak się okazało, na pomysł ten wpadłyśmy nie tylko my. Mimo bliskości bocznych barierek nie udało mi się ich dosięgnąć. Zdecydowanym pozytywem całego przedsięwzięcia przeciskania się i utrudniania życia innym okazał się być koncert Editors, poprzedzający Blur. Ich muzyka, ledwie przeze mnie kojarzona do tej pory, okazała się być przyjemnym indie rockiem. Szczególnie odpowiadał mi głęboki głos wokalisty i liczne gitarowe solówki. Atmosfera wśród ludzi panowała iście imprezowa, toteż szybko jej uległam okazując to skakaniem i piszczeniem. Editors po bisie zeszło ze sceny, na której po chwil pojawił się Mikołaj Ziółkowski z Alter Art – organizator imprezy. Po krótkiej, dosyć pompatycznej przemowie i gratulacjach dla samego siebie, przyszła kolej na gwiazdę dnia.


    W jednym momencie wydarzyło się bardzo wiele na raz. Usłyszałam przeraźliwy, ogłuszający pisk, poleciałam do tyłu, a całe moje życie mignęło mi przed oczami – znalazłam się w centrum pogo, a moje ciało było przepychane z jednego miejsca na drugie, jakby nie należało już do mnie i było tylko szmacianą lalką. Mimo rozpaczliwych prób wydostania się z tłumu, nie byłam w stanie nic zrobić. Po chwili poczułam, że chłopak stojący za mną objął mnie ramieniem, a drugą ręką odpychał zwalające się na nas ciała innych ludzi. Głosem nieznoszącym sprzeciwu kazał osobom przy barierkach zrobić trochę miejsca i wcisnął mnie miedzy jakieś dwie dziewczyny. Nie było mi dane poznać imienia ani ujrzeć twarzy mojego wybawiciela. Myślę o nim jednak za każdym razem, gdy rozmasowuje nabyte tamtego wieczora siniaki. 

    To był jeden wielki szał. Szał blisko 50 tysięcy krzyczących głów, wyciągniętych przed siebie rąk i skaczących par nóg. Moja pozycja znacznie utrudniała mi poruszanie innymi częściami ciała niż głową, niemniej czułam przenikającą mnie energię dawaną przez występujący na scenie zespół, jak i przez widownię. Nie wiedziałam, że Blur jest tak dobry! Koncert prowadzony był bardzo równo, następujące po sobie utwory stopniowały emocje. Tego można było się spodziewać po starych festiwalowych wyjadaczach. Damon Albarn (wokalista, gitarzysta i klawiszowiec zespołu) okazał się być niezwykle charyzmatyczny. Gdy podtrzymywany przez ochroniarzy wskoczył na barierki, tłum do reszty mu się podporządkował. Zagrali swoje najbardziej znane hity. Przy „Coffee & TV” wiele osób wyciągnęło kartki z wydrukowanym wizerunkiem Mleka – postaci znanej z teledysku do tego utworu. Po koncercie, wśród rozchodzącego się zbiorowiska, dostrzegłam również parę osób całych przebranych za kartonik tego płynu. Zagrany już w bisie „Song 2” – najbardziej popularny utwór z ich repertuaru, pozbawił openerowiczów resztek głosu i sił w nogach. Kurczę, a ja rozważałam wcześniej możliwość nie pójścia na nich!


    Ten dzień jednak dla mnie się nie skończył. Włócząc nogami udałam się na drugi koniec festiwalowego placu, do Tent Stage. Z powodu niemożności stania, na leżąco słuchałam grającego w namiocie zespołu. Mimo późnej godziny publiczność dopisała, a ja już pierwszego dnia festiwalu wiedziałam, że dochodzące do mnie dźwięki będą moim osobistym odkryciem Open’era. Kwartet Alt-J przez Wikipedię klasyfikowany jako indie rock, w moim odczuciu znacznie przekracza te ramy. Inteligentna zabawa elektroniką, melodie niepozbawione gitarowego brzmienia oraz ciekawe wielogłosy to coś, co kocham. Żeby tego było mało na zakończenie zaśpiewali „A Real Hero”, utwór znany mi z wykonania College & Electric Youth do ścieżki dźwiękowej „Drive”. Byłam już ich. 


    I na tym zakończyłam dzień pierwszy.

    DZIEŃ II

    Nastał dzień, w którym miał zagrać człowiek przeze mnie uwielbiany i wywyższany. Człowiek, dla którego pół roku temu kupiłam bilet. Ale po kolei.

    Ponieważ człowiek przeze mnie uwielbiany i wywyższany, człowiek, dla którego pół roku temu kupiłam bilet miał zagrać na głównej scenie jako ostatni tego dnia, a ja i moja koleżanka KONIECZNIE musiałyśmy być wtedy w pierwszym rzędzie, moje wyczekiwanie pod Open’er Stage zaczęło się już od godziny 17.00. Uzbrojona w biszkopty i wybuchowy temperament byłam gotowa drapać, pluć i gryźć, gdyby ktoś ośmielił się targnąć na moje miejsce. Ale tak na co dzień, to jestem bardzo miłą osobą. 

    Wszystkie koncerty poprzedzające człowieka przeze mnie uwielbianego itd., bardzo mi odpowiadały, toteż nie miałam poczucia, że coś tracę. Zaczęło się od polskiego zespołu Kim Nowak. Wykonywana przez nich dosyć mroczna odmiana rocka już dawno przypadła mi do gustu. Ciekawie było ich zobaczyć na żywo, gdyż ich kawałki znałam do tego czasu jedynie z radia. Mimo nielicznej o tej godzinie widowni chłopcy dali z siebie to co najlepsze, nie zniechęcając się koszulkami Arctic Monkeys, noszonymi przez dziewczyny w pierwszych rzędach. Gitary w ich rękach płonęły, perkusista udowodnił na co go stać, a wokalista się nie oszczędzał. Naprawdę pokazali klasę.


    Następnie przyszedł czas na Tame Impala. I znów moje osobiste odczucia sprzeczne są z klasyfikacją Wikipedii. Rock psychodeliczny? Nie nazwałabym ich przyjemnych kawałków psychodelicznymi. Miła dla ucha elektronika oraz łagodny głos wokalisty wydawały mi się wręcz urocze po ciężkich brzmieniach Kim Nowaka. Ale co ja tam wiem. Głos Kevina Parkera momentami przypominał mi barwą Paula McCartney’a, co wcale mnie nie smuciło. Na koncercie, z minuty na minutę, zaczęło się gromadzić coraz więcej osób. Niestety, Tame Impala zagrali chyba najkrótszy koncert na Opern’erze. Zeszli ze sceny po godzinie, ustępując miejsca technicznym Arctic Monkeys. Obejrzałam się za siebie, ale tam było już jedynie morze głów.


    Zbiorowa histeria zaczęła się na długo przed wyjściem Małp na scenę. Zajmowana przeze mnie pozycja pozwoliła mi na obserwowanie padających jak muchy dziewczyn. Mdlały jedna po drugiej. Niektóre były wynoszone na noszach, inne wyciągane z tłumu przez funkcyjnych szły o własnych siłach. Ponieważ udając się w stronę wyjścia musiały przejść obok mnie, dane mi było obserwować ich zapłakane twarze. Nie rozumiałam ich. Mimo napierającego na mnie tłumu mogłam swobodnie się poruszać, a nawet tańczyć. Było mi o niebo wygodniej niż na Blur, więc powody ich omdleń przypisywałam kilkudniowemu głodzeniu się przed zobaczeniem Alexa Turnera na żywo. 

    No i weszli. Tym razem byłam lepiej przygotowana na reakcje publiczności. Krzycząc imię mojego ukochanego za czasów gimnazjum Alexa, poddałam się całkowicie otaczającym mnie nastrojom i popłynęłam w muzykę. Ponieważ „Brianstorm” – piosenkę wyzwalającą we mnie pierwotne instynkty – zagrali już jako drugi utwór od razu wpadłam w koncertowy trans. Pełna swoboda ruchów pozwoliła mi na dziki taniec i piski. Chrypa trzyma mnie do tej pory. Nie był to jednak pierwszy występ Arktycznych na Open’erze. Wiele będących na ich koncercie pięć lat temu osób było nim rozczarowanych. Zarzucano Alexowi brak kontaktu z publicznością oraz błędy techniczne (w pewnym momencie wysiadło nagłośnienie wokalu, przy czym muzycy nawet tego nie zauważyli), niedopuszczalne na wydarzeniach na tym szczeblu. Na tegorocznym koncercie Brytyjczycy zachowywali się niczym wyrachowani profesjonaliści. Każde zdanie wypowiedziane przez Alexa („you are so good-looking crowd”) spotykało się z histeryczną aprobatą. Koncertowe aranżacje utworów były mocne, przepełnione energią i niepozwalające zwolnić tempa przez cały czas trwania dzikiego podskakiwania. Arctic Monkeys okazało się być godnym suportem dla wyczekiwanego przeze mnie wokalisty.


    No i nadszedł czas. Moje osobiste święto. Ponieważ po chłopcach większość mdląco-piszczących panienek udała się na piwo, mogłam podejść do sceny jeszcze bliżej, jednak nie udało mi się zdobyć miejsca na samym środku. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo będę tego żałować. Mimo moich pierwotnych przypuszczeń, na koncercie okazało się zostać bardzo dużo osób, zapewne przygnanych ciekawością znanego nazwiska. Mimo 6 godzin dzikich pląsów nie czułam zmęczenia. Czekałam w napięciu. 

    Diabeł wyszedł na scenę w otoczeniu czerni. Przywitał go hałas nieustępujący temu na Arctic Monkeys. Tym, którzy przyszli zobaczyć jedynie „staruszka Nicka Cave’a” szczęki opadły już po pierwszym utworze. To był rock, to był blues i jazz, to był metal. Szatan Cave, tańcząc, wyśpiewywał swoje piosenki o śmierci, miłości i mroku, uwodząc publiczność każdym dźwiękiem wydobywającym się z jego gardła. Szalony skrzypek wyrzucił smyczek i zaczął grać na swoim instrumencie jak na gitarze, po chwili wyciągając nowy smyczek z brody. Perkusista rzucał pałeczkami, a klawiszowiec robił miny do kamery. Cave się nie pieścił. Nie dbał o idealne dźwięki. Postawił na brudny, stary rock. Cały zespół zachowywał się, jakby wychodząc na scenę mieli jeden cel – powalić wszystkich na kolana. I to im się udało. Szatan Cave wszedł w publiczność. Jedną nogą zawisł po naszej stronie barierek, drugą przytrzymywał mu funkcyjny. Fala ludzi, która ruszyła w jego stronę przypomniała mi o mich dramatycznych przeżyciach na Blur. I właśnie w tym momencie zaczęłam żałować, że zamiast o 15, wtedy, gdy otwierają bramy festiwalu, zajęłam sobie miejsce dopiero później. Byłam za daleko, żeby chociażby musnąć palcem jego nogawki. Szalone, prawda? Temu szaleństwu uległa cała widownia, tłum ludzi rozpaczliwie próbujący się dostać do rąk Szatana. Sytuacja ta powtarzała się wielokrotnie, ponieważ Cave wychodził do ludzi klika razy, po obu stronach barierek. 

    Pewnie zastanawiacie się, dlaczego cały czas nazywam Cave’a Szatanem bądź Diabłem. To porównanie usłyszałam gdzieś w tłumie, przed jego występem. Ktoś powiedział „zaraz wyjdzie Szatan Cave”. Gdy zobaczyłam jego wyraz twarzy podczas wydobywania z siebie rockowego wrzasku zrozumiałam trafność tego porównania. Cave uwodził również zapowiedziami utworów. „This song I wrote for my wife number... (liczenie na paluszkach) three”. “This song is called “Mermaids”. It’s about boy’s mistake. Because she was a mermaid”.  Przypomniało mi się popularne w Polsce „jak się bawicie, Opoleeee?”.


    Tak jak wszystko na świecie, tak i koncert kiedyś musiał się skończyć. Nick Cave i jego zespół Bad Seeds zeszli ze sceny, zostawiając wszystkich w głębokim szoku.

    zdjęcie: http://www.muzyka.onet.pl

    1 komentarze :

    1. Anonimowy11/7/13 13:43

      Bardzo fajny tekst. Aż żałuję, że nie byłem na Open'erze. Z jednym wszak zastrzeżeniem. Nie mam najlepszego zdania o Wikipedii, jednak tym razem ma ona rację. Tame Impala to rock psychodeliczny w najczystszej postaci. Wręcz aż trudno uwierzyć, że są jeszcze takie zespoły, które grają jakby ktoś je przeteleportował wprost z przełomu lat 60/70-tych ubiegłego wieku.
      A tak na marginesie. Szydłowska bardzo chwaliła koncert Podsiadły. Nie byłaś?
      Pozdrawiam,
      pwidz

      OdpowiedzUsuń