• Kultura, głupcze!

    Czego nauczyli nas pękaciele balonów?



    Głupol, tchórz, zrzęda, zarozumialec, pesymista, infantylny – czy to dobra ekipa do stworzenia bajki edukacyjnej dla dzieci? Okazuje się, że najlepsza na świecie.


    „Nowe przygody Kubusia Puchatka”, serial stworzony przez Disney’a na podstawie powieści dla dzieci Alana A. Milne, wychował miliony. Tym, którym rodzice nie czytali książki, została dana możliwość śledzenia losów przyjaciół ze Stumilowego Lasu w niezwykle udanej interpretacji oryginalnej bajki. Choć przygody zwierzątek z serialu różnią się od tych prezentowanych w powieści, konwencja oraz cały urok postaci zostały zachowane. Niezmienne zostały również wartości przekazywane przez książkę wydaną w 1926. roku.

    Po latach muszę przyznać, że to jedna z najmądrzejszych bajek, jakie kiedykolwiek oglądałam. Wystarczyło mi kilka odcinków, aby przypomnieć sobie trudne dylematy, z jakimi musieli walczyć bohaterowie. Wyraźne słabości poszczególnych postaci i wysiłek, który musiały wkładać w przezwyciężanie ich, czynią tę bajkę cudownym dziełem. Wzruszyłam się, gdy mały, przelękniony Prosiaczek, uzbrojony w przepychacz do sedesu, ruszył swojemu zaplątanemu w kostium potwora przyjacielowi na pomoc. Zwierzątka zawsze się wspierają i realizują wspólnie wiele szalonych pomysłów. 

    To właśnie łącząca ich przyjaźń stanowi o sile tej bajki. Mimo wyraźnych różnić charakteru, czasami irytujących przy wspólnym życiu cech, zwierzątka prezentują cudowną relację, w której najważniejsza jest obopólna troska  i próba zrozumienia. Choć często błądzą, ich intencje pozostają zawsze czyste. Jedynymi potworami do pokonania są ich własne pomyłki.

    Choć moim osobistym numerem jeden zawsze będzie wiecznie czarno widzący Kłapouchy, nie da się ukryć, że każda z postaci roztacza swój własny, indywidualny urok. Poszczególne odcinki starają się sprawiedliwie rozdzielać czas pomiędzy bohaterów. Wynik tego zabiegu może być tylko jeden – stopniowe zakochiwanie się w każdym z mieszkańców Stumilowego Lasu. 

    Cieszę się, że w ramach realizowanego na kurtuli projektu o wspomnieniach z dzieciństwa wróciłam choć na chwilę do „Kubusia”. I Wam, moi Czytelnicy, gdy dopadnie Was chandra, bądź będziecie po prostu mieli ochotę na co nieco rozczulenia, polecam sięgnięcie do tego tytułu oraz przypomnienie sobie czasów, gdy jeszcze nie byliśmy tak zgorzkniali. I pamiętajcie: brykanie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. 

    zdjęcie: http://www.pinger.pl

    4 komentarze :

    1. Anonimowy24/6/13 14:31

      Do tak cudownej bajki mógł być jedynie tak śliczny komentarz jak Twój. Również uważam, że to najmądrzejsza spośród wszystkich bajek. Cieszę się, że ją przypomniałaś. Moim ulubieńcem też chyba był Kłapouchy, ale ponieważ bajkę bezgranicznie kochałem w całości (gdzieś na strychu mam na VHS wszystkie nagrywane z TV odcinki), trudno podjąć decyzję, która z postaci najbardziej ujęła za serce. A tak na marginesie. Czy rodzice na pewno nie czytali Ci nigdy "Kubusia Puchatka"?
      pwidz

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Rodzice polecali, ale czytać musiałam samodzielnie :)

        Usuń
    2. Nie lubiła Kłapołuchego, był nudny zawsze. I taka zrzęda z niego. Tygrysek najlepszy!:D

      OdpowiedzUsuń
    3. Anonimowy20/7/13 00:14

      Ja chyba nigdy nie lubiłam Pana Kubusia i Pana Prosiaczka, zawsze byli dla mnie irytujący. Poza nimi lubiłam chyba wszystkich, ale do tek pory najbardziej lubię dwie skrajności: Pana Kłapouszka i Pana Tygrysa ♥♡♥♡♥♡♥

      OdpowiedzUsuń