• Kultura, głupcze!

    Marek Dyjak: Mężczyzna, który zrozumiał kobiety





    Marek Dyjak - Kobiety
    RECENZJA

    Marek Dyjak, często nazywany „polskim Tomem Waitsem”, na pierwszy rzut oka z kobiecością nie ma nic wspólnego. Mężczyzna o aparycji knura, którego głos nosi znamiona wielu lat spędzonych nad wódką, postanowił nagrać płytę z coverami takich artystek, jak Nosowska, siostry Przybysz, Magda Umer czy Katarzyna Groniec. Pomysł szalony, który mógł się skończyć artystyczną kompromitacją. Przyznam, że twórczość Dyjaka do niedawna była mi znana jedynie z kilku utworów zasłyszanych w radiowej Trójce. Przez moment zainteresowałam się nim bardziej przy okazji wydania singla promującego ubiegłoroczne „Męskie granie” - „Ognia!” . Zachwyciłam się wtedy jego wykonaniami „Już kąpiesz się nie dla mnie” czy „Ostatniej niedzieli” – repertuaru nastawionego na interpretację i lirykę. 



    Taka też jest płyta „Kobiety” – poetycka i pełna osobistych wniosków. W uczucie intymności wprowadzają nas również monologi poprzedzające bądź kończące utwory. Przywodzą na myśl prostego, słabo wykształconego człowieka, który czuje. Czuje więcej i widzi więcej, dlatego bardziej narażony jest na ból i samotność. Dyjak, który zaczął tworzyć brzdąkając na gitarze do poezji Wojaczka, używa prostych słów do wyrażania wielkich uczuć.

    Płytę rozpoczyna utwór „Sen 1”. Piosenka Bartosiewicz przepięknie wprowadza w nostalgiczny charakter całego dzieła. Przyznam, że fanką Edyty nigdy nie byłam. Jej teksty wydawały mi się w pewien sposób sztuczne i przepełnione kobiecym utyskiwaniem. Myliłam się. Dyjak swoim wykonaniem dotarł do rdzenia i przekazał mi cały ładunek emocjonalny ukryty między wierszami.     

    Wprowadzenie do drugiego utworu – „Atramentowej rumby”- sprawia, że przenoszę się do zadymionej papierosami piwniczki, w której kobiety i mężczyźni spotykają się, aby pić i rozmawiać o sztuce. Na scenie siedzi Dyjak oddający hołd Stanisławie Celińskiej, której pieśń za chwilę wykona. Po chwili jazz przepełnia słuchaczy wprowadzając ich w stan oderwania od monotonii rzeczywistości. „Atramentowa rumba”, notabene będąca pierwszym singlem promującym płytę, została nagrana z wielkim szacunkiem do pierwotnej wykonawczyni. Słuchać, że jest to rodzaj muzyki, który ukształtował wrażliwość poetycką Dyjaka.

    Trzeci utwór jest tym, który z całej płyty najbardziej we mnie uderzył. W swoich najdalszych wędrówkach po wyobraźni nie przypuszczałam, że można tak zaśpiewać „Sic!”. Teksty Nosowskiej, zawsze pełne kobiecej delikatności i, wydawałoby się, niemożliwe do zinterpretowania przez mężczyznę, są dla mnie bardzo ważne. Dyjak doskonale wyczuł moc przepełniającą ten utwór i użył swojego szorstkiego, chropowatego głosu do zaakcentowania siły tekstu. W monologu wieńczącym pieśń powołał się na ks. Twardowskiego i jego „Wiersz z banałem w środku”. Niemal wykrzyczane słowa Nosowskiej zwieńczone prostym przesłaniem poety tworzą piękną kompozycję.

    „Kiedy mnie już nie będzie”, czyli piosenka będącej ikoną polskiej poezji Agnieszki Osieckiej, wykonywana była między innymi przez Magdę Umer czy Annę Marię Jopek. Słowa utworu ładnie wpasowują się w estetykę całej płyty. Samo wykonanie tym razem jednak mnie nie powala. Ballada ta jest zaśpiewana nostalgicznie, poprawnie, ale nie rewelacyjnie. 


     Ze słów „Sutry” Dyjak tworzy melorecytację nadając  piosence nowego charakteru.  Utwór sióstr Przybysz był niegdyś całkiem niezłym hitem. Ujęty w ramy jazzu przestaje być hitem, a staje się dziełem artysty. Szkoda, że te dwa określenia tak rzadko ze sobą współistnieją.

    Można by się zastanowić, dlaczego z całego repertuaru Katarzyny Groniec, lirycznie bliskiego Dyjakowi, ten wybrał utwór o miłości matki do swojego dziecka. „Będę z tobą” to ballada o matczynym oddaniu i poświęceniu. W wykonaniu Dyjaka brzmi raczej jak wyznanie kochanka. Te same słowa, a w jego ustach przypominają nieszczęśliwą miłość mężczyzny do kobiety.

    „Miłość ci wszystko wybaczy” Dyjaka stylizowana jest na pierwotne wykonanie Hanki Ordonówny z lat 30-stych. Dzięki trzeszczeniu i specyficznie nagranemu wokalowi uzyskano efekt, jakby utwór był odkopany z archiwów polskiej muzyki. Bardzo ciekawy zabieg, który przypomina o latach, w których Tuwim pisał ten znany z bardzo wielu wykonań tekst.

    Wybór utworu  Elżbiety Mielczarek, czyli „pierwszej damy bluesa” w żaden sposób mnie nie dziwi. „W dworcowej poczekalni” niewątpliwie pasuje do „barowego” charakteru Dyjaka. Płytowa wersja zagrana jest z większym rozmachem, ale nadal blisko oryginału. Przy tej piosence pieśniarz nie musiał zbyt dużo kombinować przy „przerabianiu” na własny styl. 

    Pełen tęsknoty utwór Ewy Demarczyk „Tomaszów” zachowuje swój nostalgiczny nastrój. Smutek trwający do połowy utworu przełamywany jest jednak innymi emocjami. Sposób śpiewania Dyjaka przypomina wykonania piosenki aktorskiej. Utwór pełen jest zwrotów i uniesień, przedstawia całą gamę uczuć.

    W 10-tym utworze wracamy do „Snu” Edyty Bartosiewicz. Piosenka zastała podzielona na dwa, stylistycznie odmienne dzieła. Podczas gdy w pierwszej części uwydatniona została liryka tekstu, ten fragment niesie silniejszy ładunek emocjonalny. Muzykę przepełnia dynamika i moc. 

    Utwór 11-sty „Jestem kamieniem” z oryginału zachowuje muzykę. Słowa jednak, dla których jest ona podkładem, są osobistymi przemyśleniami Dyjaka na temat męskości i kobiecości. Twórca przypomina trochę gawędziarza-poetę, który otoczony dymem papierosowym tworzy refleksję na temat swojego życia. 

    Utwór wieńczący całą płytę to „Na zakręcie”. Jest on ukłonem w stronę dwóch silnych kobiet: wykonawczyni oryginalnej wersji Krystyny Jandy oraz autorki słów Agnieszki Osieckiej. Pięknie podsumowuje on wysłuchaną przez nas całość. Na długo nie pozwala słuchaczom uwolnić się od nostalgii przenikającej płytę. 

    Zdaję sobie sprawę, że forma recenzji nakazuje mi teraz wystawienie oceny. Trudno mi jest jednak włożyć to dzieło w brutalne ramy skali liczbowej. Jedni tą płytą się zachwycą, inni, którym stylistyka Dyjaka nie odpowiada, uznają ją za chrapliwy bełkot pijaka. Niemniej, cyferkę muszę postawić. Zaznaczam jednak, że w całościowym spojrzeniu na wrażliwość artystyczną Dyjaka, nie ma ona większego znaczenia.



    zdjęcia: http://www.empik.com, http://www.kornet.art.pl

    5 komentarze :

    1. Anonimowy20/6/13 19:58

      Nie znam płyty w całości, a jedynie ze słuchanych w Trójce fragmentów plus kilku wyszukanych na You Tube. Dlatego Twoja recenzja jest dla mnie bardzo cenna (pomimo, że strsznie zazgrzytała mi w uszach ta "aparycja knura", no cóż, jestem człowiekiem tzw. starej daty). Opisałaś płytę Dyjaka z takim zacięciem i osobistym przekonaniem, że polecasz coś naprawdę wartościowego, że już umieściłem "Kobiety" na liście swych przyszłych zakupów.
      pwidz

      OdpowiedzUsuń
    2. Anonimowy4/7/13 10:22

      Też "aparycja knura" mnie zniesmaczyła... Recenzja dobra, Dyjak bardzo dobry.

      OdpowiedzUsuń
    3. Bardzo dobra recenzja,w pełni oddała ona moje odczucia związane z płytą Marka Dyjaka.

      OdpowiedzUsuń
    4. Anonimowy27/5/14 12:46

      Pierwsza w moim życiu płyta co do której nie potrafię się ustosunkować.
      Poruszyła do szpiku kości, jest niesamowicie wyjątkowa i może dlatego nie wiem do końca co powinnam o niej myśleć.
      .

      OdpowiedzUsuń
    5. Dyjak zasługuje na szczery tytuł poety, wieszcza a nie tylko spiewaka czy Bron Panie Boże... celebryty... Specyficzny, nie do podrobienia.

      OdpowiedzUsuń